poczuciem, że wie niewiele więcej niż wczoraj.

kę nalepioną na

Połączył się z pocztą głosową O1ivii. Zostawił wiadomość z prośbą, by oddzwoniła jak
Zaraz, moment. Opowiedzcie wszystko po kolei. - Caitlyn przyjechała do Oak Hill, gdzie
obserwowały przechodniów, sącząc kawę przy stoliku na dworze.
Wspierając się na lasce, z bólem w kolanie, pokonał niewielką odległość między budą z
pasuje. Bentz podejrzewał, że za tym wszystkim stoi policjant. A jeśli to policjant z dostępem
przesyłka od Montoi – i zastanawiał się, co mu chodzi po głowie. Sprawdził i potwierdził
życia?
kiedyś... Boże, dreszcz mnie przechodzi na samo wspomnienie. Powiedziała mi: Wiesz,
Wystarczyło, by zamknął oczy, a widział je znowu: nagie, zwrócone twarzami do siebie,
– Nie, nie mówcie, rozmawiacie o moim ulubieńcu, naszym ekskoledze Ricku. –
należała do poprzedniego właściciela.
artysta miał na myśli?
Zaschło mu w gardle, gdy odwracał stronice. Cisnął książkę na ziemię. Ciemny pokój
kamer przemysłowych i niedoszłych policjantów, tym lepiej. Nie mogę teraz tego zepsuć, nie

- A może po prostu wyjdź i zostaw mnie w spokoju?

Korytarzem przechodziła akurat jakaś para w średnim wieku. Nieznajomi przystanęli, zaniepokojeni.
- Zaraz po przywitaniu z Badaczem Łańcuchów niepostrzeżenie zasadź to ziarenko. Następnego dnia rano... To
- Nie wiem, o czym mówisz - wykręcił się.
Spróbował sobie wyobrazić Ingrid, jak taszczy piłę łań¬cuchową i aż parsknął śmiechem. Co za absurd! Tymczasem Tammy nigdy nie sprawiała komicznego wrażenia, cokol¬wiek robiła. Teraz wyglądała na osobę wolną i szczęśliwą, która idzie do swoich zadań i nie zawraca sobie głowy ni¬czym innym.
całkowicie przekształcić w mleczny płyn. Ale Huff nawet nie spojrzał na bałagan. Nie zapomniał jednak zabrać ze sobą pistoletu. Sayre zasuwała właśnie swoją torbę podróżną, gdy ktoś zapukał do drzwi pokoju hotelowego. Odsunęła zasłonkę na małej szybie i wyjrzała. - Rudy? - Zaniepokojona, otworzyła drzwi. - Co się znowu stało? - Nie chciałem cię przestraszyć, Sayre. Nic się nie stało, przynajmniej nic o tym nie wiem. - Szeryf zdjął kapelusz. - Mogę wejść? Sayre zaprosiła go do środka i pokazała na torbę. - Ledwo zdążyłeś. Zarezerwowałam lot z Nowego Orleanu dziś po południu. - Wracasz do San Francisco? - Tam właśnie mieszkam. - Myślałem, że może ty i Beck... - Nie. Dziś rano ostatecznie nakreśliła niewidoczną granicę. Ona stała po jednej stronie, Huff i Chris po drugiej. Zastanawiała się, pakując swoje rzeczy, czy wyrzucić sznur odpustowych koralików, które kupił jej Beck, czy też zabrać ze sobą. W końcu owinęła je w podkoszulek i włożyła do torby. Jedno wspomnienie. Mogła sobie na to pozwolić. - Nie zobaczę się już z Beckiem przed wyjazdem. - Ha. No cóż. - Szeryf rozejrzał się po pokoju, jakby nie wiedział, co ma teraz powiedzieć. Kiedy znów na nią spojrzał, Sayre dostrzegła w jego oczach ból. - Rozmawiałaś dziś rano z Huffem? - spytał. Zamiast wyjaśnić, po co tu przyszedł, zadawał coraz bardziej kłopotliwe pytania. - Tylko w obozie rybackim. Znów zdawał się odpłynąć gdzieś myślami. Minęło kilka chwil. - Nie mam zbyt dużo czasu, Rudy. - Powiedziała wreszcie Sayre. - O czym chciałeś ze mną porozmawiać? Czy to coś, co dotyczy Danny'ego lub Watkinsa? - Nie. Ta sprawa jest właściwie zakończona. - Dlatego właśnie mogę wracać do domu. Przysięgłam sobie, że pozostanę w Destiny, dopóki się nie dowiem, co się stało z moim młodszym bratem. Teraz mogę wrócić do normalnego życia. Szeryf skinął głową z nieobecnym wyrazem twarzy, jak gdyby nie usłyszał jej słów. Odchrząknął. - Sayre, biorę pełną odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny i nie zamierzam nimi obarczać nikogo innego. Nigdy nie wystawiłbym do wiatru Huffa i chcę, żebyś to wiedziała. Sayre skinęła głową, chociaż nie miała pojęcia, do czego Harper zmierza. - Zawieraliśmy układy w wielu sprawach i nie jestem z tego dumny. Na początku nagięcie kilku zasad wydawało się czymś dość niewinnym, a potem, sam nie wiem, chyba po prostu wpadłem w to zbyt głęboko. Jak w sieć. Nie mogłem znaleźć drogi powrotnej. - Uniósł ręce w geście bezradności, jakby prosił ją o zrozumienie i wybaczenie. - Co się stało, to się nie odstanie. Nie mogę cofnąć się w czasie i naprawić zła, jakie wyrządziłem. Przyszłość jest jednak inna. Mówię ci to, ponieważ chcę, żeby ktoś wiedział, jak się sprawy mają, na wypadek gdyby... gdyby stało się coś złego, a mnie już tu nie będzie jako świadka prawdy. - Prawdy o czym? - Beck Merchant jest Charlesem Nielsonem. Pokój zawirował jej przed oczami. - Co takiego? - Mam swoich ludzi w Nowym Orleanie, prywatnych detektywów. Sprawdzali Nielsona dla
podejmowało rozmowy, lecz nie czuli się przez to oddaleni od siebie. Przeciwnie.
- Stałem się bardzo smutny i milczy... Pewnego dnia mój pracownik opuścił mnie bez pożegnania. Chociaż
- Owszem, w buszu, ale w Sydney? Rozbije pani na¬miot w parku?
- Nie przebieram się do kolacji. I zamierzam zjeść ją tutaj. Sama. Nie mam ochoty siedzieć przy stole z księciem. Ani z... Ingrid.
- Czy Wasza Wysokość każe zakuć mnie w dyby?
- Nie rozumiem cię. Myślałem, że kobiety stroją się dla mężczyzn.
Róża zamyśliła się.
Spoważniał.
przytulił Różę do siebie.

©2019 www.usque.do-norwegia.turek.pl - Split Template by One Page Love